piątek, 23 sierpnia 2013

Dwa domy Wojciecha Bobowskiego



Po opowieści o domowym śpiewaniu i o domu Słowa pora na historię o zmianie domu. Zmiana domu nie zawsze jest łatwa. Wymaga tworzenia na nowo, odnalezienia siebie. Nie jest łatwa zwłaszcza wtedy, gdy – jak w przypadku, o którym opowiemy dzisiaj – nie dokonuje się z własnej woli.

Pierwszy dom znajdował się gdzieś w siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej. Przekazy źródłowe mówią o Lwowie, jakieś powiązania zapewne istniały także z Bobową, miejscowością położoną 30 km od Starego Sącza. Na obecnym etapie badań (który, po prawdzie, trudno nazwać w ogóle etapem) wielu rzeczy możemy się jedynie domyślać. Wojciech Bobowski, bo o nim tu mowa, wyniósł z tego domu świetne wykształcenie. Zapewne był zdolnym młodzieńcem, ale predyspozycje nie wystarczą: musiał mieć także możliwości ich rozwoju. Nie wiemy, gdzie się kształcił – czy odebrał tylko edukację domową, czy jednak trafił do jakiejś szkoły. Jeśli to drugie – znowu nie wiemy, czy miejscem tym było któreś z katolickich gimnazjów zakonnych, a może jakaś placówka ariańska. Spośród osiemnastu języków, jakimi w życiu władał, przynajmniej kilka poznał prawdopodobnie jeszcze tutaj. Odebrał też staranną edukację muzyczną. Posługiwał się powszechną ówcześnie notacją menzuralną i tabulaturową, a skoro potrafił zapisywać utwory przeznaczone na lutnię, prawdopodobnie umiał również na niej grać. Jego znajomość tych kwestii sugeruje niektórym, że był muzykiem zawodowym, być może w służbie Kościoła. Póki nie mamy źródłowych odpowiedzi (a być może nigdy nie będziemy ich mieli, bo brak źródeł w tej części Europy nie jest sytuacją rzadką), możemy snuć wiele domysłów. Młody Bobowski prawdopodobnie zapowiadał się świetnie. Może – kto wie – planował karierę akademicką albo dworską…

Jakiekolwiek miał plany, nie mógł przewidzieć rzeczywistości, która stała się jego udziałem. Porwany do niewoli przez krymskich Tatarów, znalazł się na dworze sułtana Murada IV, władcy otomańskiego imperium. Wydawać by się mogło – koniec perspektyw. „Zmiana domu” jest w tym przypadku na pierwszy rzut oka określeniem gorzkim i ironicznym. A jednak w świetle jego późniejszych losów jest to określenie całkiem usprawiedliwione.

To tam właśnie, w tym drugim domu, przebiegła większość jego intensywnego życia – powiedzielibyśmy – zawodowego. Musiał się wyróżniać: po pewnym czasie otrzymał funkcję zarządcy sułtańskiego skarbu, odbywał liczne podróże, służył jako tłumacz, miał styczność z polityką. Osiemnaście języków to liczba imponująca, ale być może trzeba by dodać tam jeszcze dziewiętnasty, prawdopodobnie najbardziej uniwersalny: muzykę.

To właśnie na polu muzyki Bobowski zasłużył się w sposób szczególny. Jego transkrypcje muzyki tureckiej są jedynymi w swoim rodzaju źródłami. Do zapisu tradycyjnych melodii używał europejskiej notacji menzuralnej – ale od prawej do lewej, ponieważ ówczesny język turecki wykorzystywał alfabet arabski. Kilka utworów zapisanych jest również w postaci tabulatury lutniowej. Tradycja zachowana w zapisach Bobowskiego niestety nie przetrwała próby czasu – przynajmniej do dziś nie udało się odnaleźć jej ustnej kontynuacji.

Spośród notowanych przez Bobowskiego utworów zachowało się również 14 psalmów, opartych na tzw. Psałterzu Genewskim, popularnym wśród kalwinistów. Psalmy przetłumaczone zostały na język turecki i dostosowane do miejscowej kultury muzycznej. Przy zapisach melodii znaleźć możemy również wskazówki dotyczące tamtejszych skal – makamów – do których można je dopasować. Nie wiemy, w jakich okolicznościach utwory te były wykonywane. Vladimir Ivanoff, założyciel i kierownik zespołu Sarband, wiąże ich powstanie ze współpracą Bobowskiego z holenderskim ambasadorem, kalwinistą, podejrzewając, że mogły być one prezentowane w pewnej tajemnicy podczas dyplomatycznych spotkań. Pracy nad przekładem i opracowaniem psałterza nigdy jednak nie dokończono, a ambasador został w niewyjaśnionych okolicznościach otruty. Podczas wczorajszego koncertu mieliśmy okazję usłyszeć kilka psalmów w opracowaniu Bobowskiego. Zespół Sarband wykonywał je w różnych wersjach językowych (polskiej, francuskiej i tureckiej), ale także w różnych wersjach muzycznych. Opracowanie tekstu polskiego czy francuskiego oparte było bowiem na innych skalach, strojach i temperacjach niż w wersji tureckiej. Zderzenie – czy może lepiej: spotkanie – dwóch kultur podkreślone było przez instrumentarium i maniery wykonawcze śpiewaków. Maria Skiba i Mustafa Dogan Dikmen śpiewali zupełnie inaczej – i chwała im za to; paradoksalnie kontrasty bywają dobrym sposobem na dopasowanie. Może jeszcze z czystej ciekawości chciałoby się usłyszeć nie tylko Polkę śpiewającą fragmenty tureckie, ale również Turka śpiewającego fragmenty polskie czy francuskie – chociaż w końcu przypadek Bobowskiego był właśnie jednostronny… Warto jeszcze zwrócić uwagę na instrumentalistów. Stronę „europejską” reprezentował Michał Gondko, mistrzowsko interpretujący muzykę lutniową. Dobrze byłoby usłyszeć go raz jeszcze – może z prowadzonym przez niego zespołem La Morra – na którymś z następnych festiwali. Po stronie tureckiej wystąpiło trzech muzyków: Celaleddin Biçer – kanun, ney; Ugur Isik - ajakli keman, Vladimir Ivanoff – instrumenty perkusyjne. 

Wojciech Bobowski znany był w swoim drugim domu jako Ali Ufki. Imię, które przyjął, związane jest znaczeniowo ze słowem „horyzont”. Niezwykła to postać, przekraczająca horyzonty; jak czytamy we wprowadzeniu do koncertu – wymyka się on jakimkolwiek klasyfikacjom i podporządkowaniom: nie (tylko) Polak, nie (tylko) Turek, nie (tylko) chrześcijanin, nie (tylko) muzułmanin. Jego życie – co potwierdzają pozostawione przez niego teksty – nie należało do łatwych, a jednak umiejętność odnalezienia się nawet w mało sprzyjających warunkach jest imponująca. Przychodzą tu na myśl słowa Chestertona o tym, że przygoda to niedogodność przeżywana we właściwy sposób, a niedogodność to przygoda przeżywana w sposób niewłaściwy. Ali Ufki byłby więc nie tylko człowiekiem horyzontów, ale także człowiekiem przygód. Przygody z nim związane bynajmniej się nie skończyły: czekają teraz na badaczy.

aut. Katarzyna Spurgjasz

środa, 21 sierpnia 2013

Dom Słowa


Jarosław – miejsce koncertów niespotykanych nigdzie indziej. Był już koncert z udziałem mnicha z góry Atos, był wspólny występ Jarzębiny z Kocudzy oraz zespołu Micrologus. A w tym roku Marcel Pérès solo.

W zeszłym roku w Moissac, gdzie ma miejsce siedziba Ensemble Organum, miałem okazję uczestniczyć w dniu poświęconym muzycznej improwizacji. Marcel Pérès dał wówczas kilka występów, zaczynając od godzinnej gry na organach romańskich (o szóstej rano), przez dwa recitale fortepianowe, kończąc na śpiewie podczas nocnego czuwania. Ale i wówczas nie miało miejsca to, co zdarzyło się 19 sierpnia 2013 w Jarosławiu. A skoro tak, to trzeba to najpierw opisać.

Nader nietypowy koncert składał się wyłącznie ze śpiewanych czytań biblijnych, i to w wykonaniu jednego tylko śpiewaka (z drobnym wyjątkiem, o którym za chwilę). Na początku zabrzmiał Prolog Ewangelii według św. Jana. Trudno, żeby było inaczej, skoro na początku było Słowo, a właśnie uroczystemu czytaniu słowa Bożego koncert został poświęcony. W pierwszej części koncertu usłyszeliśmy ponadto przeznaczone na Boże Narodzenie czytanie z Księgi Syracha, rozumiane przez Ojców Kościoła jako zapowiedź Wcielenia odwiecznego Słowa Bożego. Zabrzmiała też mowa Jezusa o końcu świata (z Ewangelii wg św. Mateusza) oraz opowieść o Zesłaniu Ducha Świętego z Dziejów Apostolskich. Wybrane melodie to albo tony do dziś stosowane (Dzieje Apostolskie, św. Jan) albo dawne zabytki, przy czym czytanie z Mądrości Syracha, kunsztownie opracowane na dwa głosy, to pochodzący z XI wieku zapis monastycznej tradycji z Akwitanii. Bohater koncertu był w tej kompozycji wspomagany przez Stanisława Szczycińskiego, śpiewającego długie niskie dźwięki dawniejszego tonu, do której później dopisano kwiecisty drugi głos.

Druga część koncertu przyniosła śpiewną recytację urywków Apokalipsy. Notka w programie oznajmiała jedynie księgę biblijną, a co do muzycznego źródła, Marcel Pérès poinformował następnego dnia, że były to jego własne improwizacje nawiązujące do tradycyjnych formuł. Zarazem wybór perykop z Księgi Objawienia był identyczny z tym, jaki Pérès zastosował trzynaście lat temu w chóralnej kompozycji na kanwie Apokalipsy. Nikt się chyba nie spodziewał, że tych urywków będzie tak wiele, a czytanie z Apokalipsy zajmie tyle czasu. Ile – niech może napisze ktoś w komentarzu, bo nie liczyłem. Zamiast sprawdzać upływ czasu zatopiłem się w słuchaniu tekstów dobranych z wielu miejsc ostatniej księgi Pisma Świętego. Można się było przy tym przekonać, że Apokalipsa to rzeczywiście księga nadziei, pełna opisów niebiańskiej liturgii i szczęścia zbawionych.

Wszystkie czytania krążyły wokół wątku Słowa, tego, które było na początku (św. Jan), które zamieszkało między nami (Jan i Syrach), które nie przeminie, choć niebo i ziemia przeminą (św. Mateusz), które przychodzi w prorockim objawieniu (Apokalipsa) i jest głoszone wszystkim narodom (Dzieje Apostolskie). Nawet gdyby temat czytań był inny, to przecież i tak cały ten niezwykły koncert był spotkaniem z Bożym słowem, jego uroczystą proklamacją i medytacją nad nim.

Miłośnicy Ensemble Organum dobrze wiedzą, że jednym z największych skarbów na płytach zespołu jest solowy śpiew jego szefa. Marcel Pérès nagrał wiele przykładów kantylacji (czyli właśnie śpiewnej recytacji, której poświęcony był koncert), a także śpiewów kapłańskich, zwłaszcza prefacji. Pierwsza płyta zespołu, poświęcona polifonii akwitańskiej, zawiera wspomniane czytanie z Księgi Syracha, przy czym pozwala je usłyszeć w kontekście bożonarodzeniowej jutrzni, łączącej chorał, śpiewy dwugłosowe, a nawet improwizację na romańskich organach. Czytania są tam przeplatane responsoriami, oprócz recytacji słowa jest tam więc odpowiedź, po wyśpiewaniu następuje ośpiewanie, w ślad za lectio idzie meditatio. Na innej płycie (z muzyką z tego oto rękopisu:  HYPERLINK "http://www.bm-limoges.fr/documents/graduel/ms/index.html" http://www.bm-limoges.fr/documents/graduel/ms/index.html) można usłyszeć czytanie dwujęzyczne – łacińskie z francuskim rymowanym komentarzem. W jedno splatają się tu dwie melodie i dwa języki.

Słuchając kantylacji w wykonaniu Marcela Pérèsa można zachwycać się kunsztem prowadzenia melodii, umiejętnością ozdabiania stałej formuły (nieraz i tak już zdobnej), ale nie to jest istotą rzeczy. Można i trzeba dyskutować (jak na seminarium nazajutrz po koncercie) o historii i przyszłości biblijnej recytacji w Kościele, o tradycji żydowskiej, chrześcijańskiej i arabskiej, ale i nie to jest najważniejsze. Najistotniejsze jest samo słowo, które przemawia z mocą, bo daje mu się dość czasu i dość piękna nie tylko na to, aby rozbrzmiało wyraźne i pełne blasku, ale na to, żeby zadomowiło się w sercu.

Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Tak Biblia Tysiąclecia. A Biblia Gdańska: Boć żywe jest słowo Boże i skuteczne, i przeraźliwsze nad wszelki miecz po obu stronach ostry, i przenikające aż do rozdzielenia i duszy, i ducha, i stawów, i szpików, i rozeznawające myśli i zdania serdeczne.

aut. Błażej Matusiak OP
fot. Marcin Mituś



poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Domowe śpiewanie


Dwudziesta pierwsza edycja festiwalu Pieśń Naszych Korzeni rozpoczęła się wczoraj koncertem zespołu Bornus Consort, w programie którego znalazło się 15 psalmów zaczerpniętych z Melodii na Psałterz polski Mikołaja Gomółki.

Zbiór ten w zamyśle miał być przeznaczony do domowego śpiewania. Tak przynajmniej powszechnie interpretuje się fragment dedykacji umieszczonej w pierwszym wydaniu z 1580 roku. Według badaczy najprawdopodobniej nigdy nie weszły one do powszechnego obiegu. Marcin Bornus-Szczyciński, założyciel i kierownik występującego wczoraj zespołu, twierdzi, że były one za trudne do domowego wykonania, i wymagały obecności przynajmniej jednego muzyka zawodowego.

Powstaje oczywiście pytanie, czy określenie nie dla Włochów, dla Polaków, dla naszych prostych domaków w istocie jednoznaczne było z przeznaczeniem tych utworów „pod strzechy”. Na dworze w czasach Mikołaja Gomółki występowali wszak obok siebie muzycy różnych narodowości, wykształceni w różnym stopniu, biegli w różnych typach muzyki - wśród nich zarówno wymieniani w rachunkach musici Itali, jak i wykonawcy rodzimi. Przeznaczenie tego repertuaru dla muzyków zawodowych wcale nie byłoby więc sprzeczne z owym wspominanym przy każdej niemal okazji fragmentem dedykacji.

Ta „zawodowa” strona wykonania została podkreślona przez dość obszerny (jak na warunki epoki) skład - 6 śpiewaków i 6 instrumentalistów. Na tak liczne, zróżnicowane i profesjonalne siły wykonawcze mógł sobie pozwolić jedynie bogaty ośrodek. Wiemy to chociażby z zachowanych źródeł rachunkowych: zatrudnienie dobrego muzyka kosztowało sporo. Nie miejsce tutaj na szczegółowe wyliczenia, ale zależności między wykonywanym zawodem a wypłatą wcale nie przedstawiały się tak prosto, jak można by przypuszczać; istotną rolę odgrywały zapewne czynniki indywidualne.

Związki muzyki profesjonalnej, muzyki dworskiej z Psalmami Mikołaja Gomółki odnaleźć możemy również w nawiązaniach do renesansowych tańców, takich jak pawana czy basse dance. Odnajdywane w partyturach cytaty z popularnych melodii tanecznych to nie tylko wskazówka wykonawcza, ale i jeden z wielu dowodów na organiczne powiązania tej muzyki z kulturą swoich czasów, a może także - jak zauważa we wprowadzeniu do tegorocznego festiwalu Dariusz Czaja - z częstokroć podkreślaną w psalmowych tekstach cielesnością.

Druga połowa XVI wieku to jednak również czas, w którym muzyka religijna w językach narodowych rzeczywiście zaczyna się rozpowszechniać. Świadczą o tym liczne, powstałe głównie w środowiskach protestanckich, kancjonały i druki ulotne z tego typu utworami. Dlaczego by więc Melodie na Psałterz polski nie miałyby się wpisywać w ten nurt, nawet jeśli ich zasięg oddziaływania był rzeczywiście niewielki? Na podstawie zachowanych źródeł zaryzykować można stwierdzenie, że kultura muzyczna ówczesnej Europy, a zwłaszcza amatorskie życie muzyczne, było bez porównania bardziej rozwinięte niż dziś, stąd w zasięgu nieprofesjonalnych wykonawców było dużo więcej utworów, niż moglibyśmy się spodziewać.

Po wczorajszym koncercie można było odnieść wrażenie, że utwory te bardziej nadają się do wykonania domowego, niż koncertowego. To tylko pozorny paradoks, w pełni - jak się wydaje - zgodny z zaleceniami kompozytora (któremu wykonanie koncertowe najprawdopodobniej wcale nie przyszłoby do głowy). To właśnie wykonanie domowe rozwiązuje problem słyszalności tekstu: śpiewający siedzą blisko siebie, a tekst siłą rzeczy albo muszą znać na pamięć, albo mieć przed sobą. To właśnie wykonanie domowe rozwiązuje problem różnorodności głosów, ich wzajemnych przesunięć i (braku) dopasowania. To właśnie wykonanie domowe, angażujące wszystkich, jak żadne inne każe wybaczać niedoskonałości intonacji, rytmizacji i wszelkich innych muzycznych czynników. W tego typu wykonaniach - inaczej niż na koncertach, do których jesteśmy w naszej obecnej kulturze (czy nie za bardzo?) przyzwyczajeni - najważniejsze staje się współuczestnictwo.

Tego właśnie, tylko tego: kontekstu domowego śpiewania, zabrakło wczoraj wieczorem. Ale, jak zapowiedział podczas dzisiejszego seminarium Marcin Bornus-Szczyciński, następnym razem zaśpiewamy już wspólnie.

aut. Katarzyna Spurgjasz

    fot. Michał Żołyniak

czwartek, 30 sierpnia 2012

Koncert przyjaciół, którego miało nie być


Kiedy w piątek okazało się, że nie będzie koncertu przyjaciół, poczułam się lekko zawiedziona. Z przyjemnością posłuchałabym jeszcze raz opowieści Bejamina Bagbiego czy też mocnego głosu Adriana Sîrbu. Teraz, już z perspektywy domowego fotela, wspominam i widzę, że zamiast jednego koncertu mieliśmy dwa.

Pierwszy to nocny koncert Antoniego Pilcha. Jak w tak dużym pomieszczeniu, jakim jest sala lustrzana w kamienicy Atavanttich, udało się stworzyć kameralną atmosferę, niech pozostanie tajemnicą artysty. Ale cały czas mam wrażenie, że udało się przywrócić tradycję domowych spotkań muzycznych. Antoni Pilch raczył nas nie tylko pieśniami, ale również, lub może przede wszystkim, opowiadał swoją historię jarosławskiego festiwalu. Pod koniec zaprosił do wspólnego występu ukraińskiego muzyka, swojego przyjaciela, Tarasa Kompaniczenko. Ten zaś zaprosił do grania zespół Chorea Kozacka i w takim towarzystwie zastał nas poranek dnia następnego.

Drugi koncert to sobotni koncert finałowy. Koncert ważny, bo kończący tydzień warsztatów, podczas których przygotowywane było oratorium Mesjasz G.F. Haendla. A że jest to duża forma muzyczna, wspólnie z uczestnikami festiwalowymi, tymi przyjeżdżającymi od lat i tymi nowymi, zaczynającymi dopiero przygodę z Jarosławiem, wystąpili będący tu wielokrotnie artyści: Maria Skiba (występująca w ciągu tygodnia z repertuarem pieśni Johna Dowlanda), Petra Noskaiová (po piętnastu latach znów jako solistka w Mesjaszu), Jaroslav Březina. W orkiestrze grali m.in. Frank Pschichholz (trzeci raz w Jarosławiu), Maria Erdman (która przyjeżdża tu co roku), a wszystkim kierował, wielokrotnie na tym Festiwalu koncertujący, Robert Hugo. 

Koncert kończący warsztaty od kilku lat nie należy do najlepszych. W tym roku jednak po rozmowie z jednym z uczestników doszliśmy do wniosku, że trzeba spojrzeć na to wydarzenie inaczej. Stwierdziliśmy, że będziemy patrzeć na naszych przyjaciół, którzy ciężko pracowali, dadzą z siebie wszystko, co najlepsze, i bardzo chcą dla nas zaśpiewać.
Dzieki takiemu odbiorowi nie przeszkadzało nam, że smyczki odezwały się wcześniej niż powinny, alcistce brakowało tchu, a tenor podszedł do koncertu z dużą dozą czeskiego humoru; ani że, jak wspomina jedna z osób grających, „wszyscy myliliśmy się regularnie”. Był to na pewno koncert zagrany przez przyjaciół i dla przyjaciół. 

Kazdy z tych koncertów był zupełnie inny. Oba jednak miały w sobie coś ze święta – jubileuszu. Siedząc na widowni, wspominałam spotkania jarosławskie, zarówno te koncertowe, jak i te podczas posiłków czy w drodze na seminaria, warsztaty. Patrzyłam na moich znajomych, poznanych w Jarosławiu, z którymi spotykam się również w ciągu roku, i cieszyłam się, że jestem częścią tej społeczności.

aut. Marzena Mikosz

fot. Kacper Montusiewicz 

fot. Anna Kaplita

środa, 29 sierpnia 2012

Wszystkie drogi prowadzą do...



Każda wartościowa impreza kulturalna, mogąca poszczycić się kilkuletnim stażem (bo w dzisiejszych czasach utrzymanie kulturalno-kulturotwórczego przedsięwzięcia i to na niezmiennym poziomie, pod kątem finansowym jest coraz trudniejsze) zasługuje na uwagę. Co może stanowić o tej wartości? Przede wszystkim ludzie. 
Festiwal Muzyki Dawnej „Pieśni Naszych Korzeni” przyciąga dużo osób. Spróbujmy więc „sportretować” sylwetkę przyjaciela  Festiwalu „Pieśni Naszych Korzeni”. Kim jest?
Z przeprowadzanych rozmów i z obserwacji festiwalowych czynionych przez kolejne lata, można wysnuć wniosek, że jest to większość uczestników Festiwalu. A na pewno ci, którzy nie szczędzą starań, by pojawiać się tutaj każdego roku. O sile takiej imprezy stanowią chyba właśnie ci długodystansowcy.  Tak jak organizatorzy po zamknięciu Festiwalu przygotowują się do kolejnej edycji, tak można by uznać za fenomenalne zjawisko, gdy uczestnicy wydarzenia, na rok wcześniej, podporządkowują swój zawodowy i prywatny kalendarz temu jednemu tygodniowi. Dla każdej z osób mogą to być różne powody. 
Jak mówi Katarzyna Szmitko, dyr. zespołu Voci Unite (14-15 raz na Festiwalu): „Nie znam drugiego takiego miejsca. Najważniejsze dla mnie jest to, że w ogóle ludzie śpiewają, młodzi ludzie. To, że można porozmawiać z artystami w kuluarach, w różnych momentach dnia”. 
Wszyscy wskazują na wyjątkową atmosferę towarzyszącą temu wydarzeniu. Jest to przede wszystkim zasługa harmonijnego współistnienia festiwalowego czynnika ludzkiego, czyli: artystów, organizatorów (począwszy od dyrektorów Festiwalu, kończąc na członkach Stowarzyszenia Muzyka Dawna), no i gości. Granice między tymi wszystkimi ludźmi się zacierają. Mówi Barbara Bator (zespół Vox Angeli) : „Od samego początku bardzo podobała mi się otwarta formuła Festiwalu, jego różnorodność i to, że żadne nasze pytania nie pozostawały bez odpowiedzi. Sam czas Festiwalu, był inspiracją na cały rok pracy.” 
Dla mnie fascynującą rzeczą rozgrywającą się na przestrzeni tych XX lat, jest istnienie ciągłości pokoleniowej. Tak jak idee fixe Festiwalu jest troska o przetrwanie dawnej tradycji muzycznej i przekazywanie jej następnym pokoleniom,  tak jak w naturalny, nienarzucony sposób rośnie, dorasta kolejne pokolenie ludzi, wychowywane w duchu poszanowania tej tradycji, której później być może będą ambasadorami. B. Bator: „Cecylia ma 8 lat i tyle lat przyjeżdżamy na Festiwal. Była ze mną jeszcze nienarodzona i nie opuściła żadnego.” 
Takich przykładów jest więcej. Dzieci rosną wraz z Festiwalem, młodzież dorasta. Zuzanna i Paweł spod Warszawy (7- letni staż festiwalowy, I Festiwal w wieku 17 i 14 lat): „Dorastaliśmy wraz z Festiwalem, kiedyś do niektórych mówiliśmy Pan/Pani, teraz po imieniu. Czas Festiwalu to odskocznia od rzeczywistości, jest to już stała pozycja okresu wakacyjnego”. Ci młodzi ludzie, nawet jeśli w przyszłości nie będą mieli nic wspólnego z kultywowaniem muzyki dawnej czy tradycyjnej, to pozostanie w nich ten wyjątkowy duch wrażliwości kreowany przez Pieśni Naszych Korzeni. B. Bator: „Występ zespołu J. Savalla (rok 2004) zachwycił mojego wówczas 8-letniego syna, zaczynał wtedy grać na gitarze. Teraz gra na gitarze elektrycznej, ale potrafi też docenić piękno, wyjątkowość muzyki średniowiecznej, renesansowej.”
Wyjątkowość tego „sierpniowego tygodnia” tkwi w tym, że każdemu podoba się coś innego, bo czy zależy nam na praktykowaniu kultury chorałowej, zgłębianiu tradycji liturgicznej (czy to kościoła zachodniego czy wschodniego), warsztatach śpiewu, czy na samym wsłuchaniu się, podczas seminariów z artystami, w głos minionych epok muzycznych- co jest o tyle ciekawe, że zawsze dzieje się to na tle wydarzeń historycznych i dziejów różnych tradycji religijnych- każdy znajdzie tu coś da siebie. Dla niektórych pobyt tutaj, wynika już „z potrzeby duchowej (rodzaj rekolekcji)”-Maciej Frączak, sprzedawca płyt na Festiwalu od 1999 roku. Ale wśród tej całej oferty programowej, duże rzesze fanów doceniają po prostu koncerty w wykonaniu muzyków, śpiewaków najwyższej klasy i wspólne biesiadowanie z nimi podczas wieczorów festiwalowych. M. Frączak: „My, przyjaciele Festiwalu, o danym czasie roku już wiemy, że wszystkie drogi prowadzą do Jarosławia.” Zuzanna i Paweł także już wiedzą że „przyszły sierpień też będzie należał do Pieśni Naszych Korzeni.”
Dlatego, starzy i nowi Przyjaciele, spotkajmy się za rok. Bo gdy zauważa się brak jakiejś znajomej, chociażby tylko z widzenia, „twarzy festiwalowej”, to tak, jakby jakaś mała cząstka Festiwalu gdzieś się ulotniła…

aut. Anna Inglot

fot. Michał Mach

piątek, 24 sierpnia 2012

The School of Night: Pieśni Johna Dowlanda, księga druga

Pieśń nocy. Napisana w nocy, przynajmniej metaforycznej, w czasie zagrożenia i niełaski. Wykonana w nocy, już tej bardziej dosłownej, przy delikatnym świetle świec. Noc wydobywa kontrasty i osłabia je jednocześnie. Światła jest niewiele, głosy są cichsze, ale czasami dzięki temu można zobaczyć szczegóły, które za dnia pozostają niedostrzegalne.

Głos jednej kobiety rozmawia z głosem jednej lutni. Dopełniają się wzajemnie w swojej delikatności i słodyczy. Niektórzy zarzucali im monotonię, brak wyrazistości, wydobywania emocji czy nawet korzystania z retoryki muzycznej. Wyrazistość i emocjonalność niekoniecznie musi się jednak wiązać ze szczególnym podkreślaniem zróżnicowania. Oczom przyzwyczajonym do ciemności nocy wystarczy małe światełko, zbyt intensywne mogłoby oślepić. Podobnie było i z pieśnią, z której cisza nocy wydobywała najdrobniejsze niuanse uczuć. Lekkość, z jaką dotykane były zarówno struny lutni, jak i struny głosu, miejscami wydawała się kontrastować z emocjami zawartymi w tekście. Być może jednak to dzięki niej całość cyklu zyskiwała niezwykłą spójność.
Jedyne, czego mogło brakować, to tłumaczenia tekstów - poza ogólnym sensem trudno było zrozumieć poszczególne zwrotki pieśni, a warstwa tekstowa odgrywa przecież w tych utworach niebagatelną rolę. 

Kontekst powstania utworów, epoka, warstwa muzyczna mogły na pierwszy rzut oka wydać się mało powiązane z repertuarem innych koncertów tegorocznego festiwalu. To żaden zarzut, nie wszystko przecież musi być powiązane. Ale jeśli przyjrzeć się bliżej, odnajdujemy pewne podobieństwa. Oto kolejny raz słyszymy pieśni ocalenia - tym razem nie od zapomnienia, potępienia czy nieszczęśliwego wypadku. Tu kontekst (a przynajmniej jedna z jego wersji) jest bardzo jasny: pieśni napisane po to, by przebłagać królową Elżbietę i uzyskać ułaskawienie dla skazanego na śmierć chlebodawcy Dowlanda - drugiego hrabiego Essex. Pieśni pełne aluzji, uczuć, piękna po prostu, które tym pięknem miały sprawić, żeby wyrok został cofnięty. Język polski używa słowa „zachwycać”, języki romańskie wiążą oczarowanie ze śpiewem właśnie: incantare, encantare, enchanter to dosłownie tyle co za-śpiewać, w-śpiewać.
Pieśni ocalenia pierwszy raz tak wyraźnie nie spełniają swojej roli. Ocalenie od zapomnienia zależy od kolejnych przypominających, ocalenie od potępienia jest tylko w mocy Boga, ocalenie od pożaru (w wykonywanej przez Sequentię pieśni o cesarzu Ottonie) również podobno się powiodło. Tu wiemy, że było inaczej. Second Booke of Songs Dowlanda najprawdopodobniej wcale nie dotarło do uszu królowej, podobno nie bez wpływu pewnych dworskich stronnictw, w każdym razie historia hrabiego Essex skończyła się tragicznie. Pozostały po nim pieśni - jak po wszystkich bohaterach tych mniej lub bardziej udanych historii ocalenia - urzekające swoim pięknem. Znany z imienia i nazwiska autor pełni tu trochę rolę, w jakiej przyzwyczailiśmy się widzieć anonimowych twórców ballad dawnych wieków, paradoksalnie przypominając nam może, że wszyscy oni byli konkretnymi osobami swojego miejsca, czasu i sytuacji.

Na koniec jeszcze jedno nawiązanie, które kojarzyć się może z programem festiwalu - wykorzystanie tekstów liturgicznych, króciutkich fragmentów łacińskich w siódmej i ósmej pieśni cyklu. To już nie kontrafaktura czy całościowe opracowania, to zabawa konwencją, łącząca jakby mimochodem sacrum i profanum, błyskotliwa w swoim efekcie:

Then sit thee down, and say thy Nunc dimittis,
with De profundis, Credo, and Te Deum,
Chant Miserere for what now so fit is,
as that, or this, Paratum est cor meum...


aut. Katarzyna Spurgjasz

fot. Marcin Mitus

czwartek, 23 sierpnia 2012

Sekwencje Sequentii

Co to jest sekwencja, każdy wie. A co to jest Sequentia, trudno wyrazić. Powie się „zespół muzyki średniowiecznej”, to za ogólnie. Powie się „magia” czy „legenda”, to zbyt tajemniczo. Jak często bywa, w zrozumieniu zjawiska może pomóc nazwa.
Co to jest sekwencja? Każdy wie: forma literacko-muzyczna, w której każda para wersów jest opatrywana osobną melodią. Lider zespołu, Benjamin Bagby, przypomniał dziś, jak bardzo pojemna to forma. Układano w niej nie tylko wiersze religijne (jak Veni Sancte Spiritus czy Stabat Mater), ale i polityczne, historyczne, filozoficzne i miłosne. Nazwa zespołu nie jest przypadkowa, Sequentia ma w repertuarze ogromny zasób sekwencji. Wśród nich znajduje się niezapomniany lament Dawida po śmierci Saula i Jonatana, utwór Piotra Abelarda. Są sekwencje instrumentalne, są modlitwy i opowieści. Zawsze angażujące słuchacza, zawsze interpretowane tak, aby przemówić do rozumu i uczuć.
Podczas seminarium Benjamin tłumaczył (odpowiadając na pytanie Marcina Bornus-Szczycińskiego), dlaczego wykonując sekwencje daje prymat retoryce nad formą. Przypomnę w skrócie odpowiedź: sekwencja to forma, podobnie jak szklanka. Szklankę można napełnić wodą, winem albo trucizną, podobnie sekwencję można napełnić rozmaitą treścią. Kultura średniowieczna była zafascynowana retoryką, dlatego Sequentia śpiewa sekwencje tak, aby na pierwszym planie była nie regularna forma, ale przekaz treści.
Tu warto wrócić do wspomnianego lamentu. Kto ma do niego dostęp, niech sobie jeszcze raz posłucha i zada pytanie, gdzie podziałaby się siła poezji i muzyki Abelarda, gdyby wykonać ten utwór jako szereg ściśle odmierzonych rytmicznie wersów, bez tego żaru, który jest słyszalny w interpretacji Benjamina i jego kolegów. Także sekwencje-modlitwy, jak śpiewana na wtorkowym koncercie modlitwa do św. Michała Archanioła, nic nie tracą, a wręcz zyskują w opracowaniu Sequentii uwypuklającym retoryczny i emocjonalny przekaz.
„Sequentii sposób na sekwencje” to część odpowiedzi, gdzie kryje się wielka siła tej wspaniałej muzycznej legendy, jaką jest zespół Benjamina Bagby’ego. Jarosław bez Sequentii? Jak powiedział dziś Bornus, to niemożliwe. Także Jarosław bez sekwencji Sequentii.
Błażej Matusiak OP